Co prawda ambitny plan zakładał wprowadzenie się „na swoje” przed Świętami, ale zweryfikowała go rzeczywistość i się nie udało. W pracy było zamieszanie, trzaskanie nadgodzin a i po prawie dwóch miesiącach remontowania się też już sił brakuje (oczywiście nie każdego dnia bo i czasu nie ma na tyle i urlopu szkoda, gdybym tylko ja miał wziąć, bo się później okaże, że latem ani jesienią nie dostanę i Dama niezadowolona będzie). Zresztą i tak zapewne rodzice jedni i drudzy by nie odpuścili i nalegaliby, żebyśmy u nich przesiedzieli święta. Teraz czekamy na wypłatę, bo kasa się skończyła, a podłogi trzeba położyć. A wtedy już będziemy mogli się wprowadzić. Część mebli mamy. Pozostałe będzie się po kolei dokupywało. Dama narzeka na moje pomysły posiadania czworonoga, że niby zniszczy nasze nowe piękne mieszkanko, że ściany wybrudzi, podłogi porysuje, meble poniszczy, że śmierdzieć będzie, że w kuchni dużo rzeczy na razie trzeba będzie na wierzchu trzymać i się do nich dobierze, że rano będę uciekał od niej z łóżka (i budził ją zapewne), żeby potwora wyprowadzić, że firany, zasłony i tapczan wybrudzi, że błoto będzie przynosił jak pogoda będzie deszczowa, itd. Co ciekawe, chciałaby w zamian jakiegoś jorka albo maltańczyka – jakby one nie brudziły i nie wydzielały żadnego zapachu… Ale na takiego „psa” nie ma mojej zgody, bo co za pożytek z takiego zwierzaka: pod nogi trzeba patrzeć, żeby nie zadeptać, albo biegnąc do kibla nie kopnąć, na rower nie da się go zabrać, chyba że do koszyka, pobiegać z takim też nie bardzo; dbać trzeba bardziej niż o dziecko i jeszcze słuchać tego piszczącego szczekania. Wygląda więc na to, że nie będziemy mieli zwierząt w domu.

A właściwie teraz nie robię. Przerwa. Siedzę sobie na tarasie, bo w wygodny fotel ogrodowy już się zaopatrzyłem, popijam… bezalkoholowe i sprawdzam co na świecie słychać. Prace postępują raz szybciej raz wolniej, bo niestety pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć, bo i moce przerobowe ograniczone i czasem coś wyschnąć musi. Ale tak czy inaczej, cały czas do przodu i już bliżej do wprowadzenia się niż dalej. Sąsiadów też pojawia się coraz więcej. Jest z kim pogadać, bo nie tylko ja „własnymi rękami buduję”. Więc już kilku znajomych się ma, bo i zapylone gardła razem się oczyszczało. Obawiałem się tego remontu w zimie, bo jednak wszystko musi się wietrzyć, wysychać, łącznie z całym budynkiem, który też jest nowy, dlatego przewidywałem, że wszystko będę musiał odłożyć do wiosny, a tu proszę taka pogodowa niespodzianka. Wszystko pięknie się składa, jak na zamówienie. Pewnie to też zasługa mieszkania w najcieplejszej części kraju, w której w tym roku zimy w zasadzie nie było. Może to odpowiedź na narzekania z poprzedniego roku i sugestie naukowców, że wiosna zanika aż zupełnie zniknie. W odpowiedzi wiosna przegoniła zimę i tyle w temacie. Jeśli ktoś więc szuka najlepszego miejsca do mieszkania Wrocław będzie w sam raz. No chyba, że ten ktoś jest miłośnikiem zimy, mrozu, śniegu i chłodnego lata, to nie polecam, bo u nas ciepełko, a w lecie nawet upały. Dlatego od razu montuję klimatyzator. Wiem, że to niezdrowe, ale w zeszłym roku przez długi czas temperatura przekraczała 30 C również w nocy, więc takie urządzenie na wypadek powtórki upałów będzie w sam raz.

No do roboty, do roboty, jak mówił Kramer (nie żebym chciał się na nim wzorować;) ).

Ech, czasu zabrakło na pisanie kroniki, a przez ten czas naprawdę dużo się zmieniło. Otóż, znaleźliśmy nasze wymarzone lokum i podpisaliśmy umowę przedwstępną. Wiem, że pospieszyliśmy się, ale straszą podwyżkami cen, a znaleźliśmy mieszkanko, które o dziwo nam obojgu przypadło do gustu, a że moja Kobieta często zmienia zdanie, więc postanowiłem kuć żelazo póki gorące. Nie napiszę od kogo kupiliśmy i gdzie, powiem tylko, że jest w pobliżu centrum, blisko parku, więc w spokojnej, zielonej okolicy. Mamy 62m2 z trzema pokoikami, więc jakby pojawiło się bobo, będzie miało swój pokoik, a póki się nie pojawi, będziemy mieli pokój gościnny, garderobę i miejsce do posiedzenia przed komputerem w jednym. Mamy też taras. W końcu mogłem zrobić porządek w kompie, bo i w internetowych zakładkach i na dysku nazbierało mi się sporo stron/zdjęć/opisów/informacji o mieszkaniach/osiedlach/deweloperach. Wczoraj poświęciłem czas na kasowanie danych z dysku i od razu więcej miejsca się zrobiło. Chociaż pewnie w najbliższym czasie nie będę miał czasu na surfowanie, bo mieszkanko mamy w stanie deweloperskim, więc jest co robić. A ponieważ nam się nie przelewa, chcę jak najwięcej zrobić sam. No może nie do końca, bo z bratem i szwagrem. I musimy się spieszyć, bo moja Dama wyszukuje w necie i podsyła mi coraz więcej skomplikowanych aranżacji i za chwilę okaże się, że przekraczają nasze umiejętności. Przy okazji zrzucę parę kilo, bo przyznam szczerze, że żaden sprzęt do ćwiczenia nie wyciśnie tyle z człowieka co machanie przy kładzeniu gładzi, robieniu podwieszanych sufitów, noszeniu worków, itd.

Coraz częściej zastanawiam się też nad zwierzakiem. Wiem, że psy najlepiej chowają się w domkach z ogródkami, ale sporo jeżdżę na rowerze, trochę biegam, więc byłoby miło gdyby jakiś czworonożny dotrzymywał mi kroku.

Nie wiem czy rzeczywiście uda mi się tu pisać codziennie, ale póki co dopisać muszę jeszcze, że istotna dla mnie jest jeszcze rowerowo mobilna okolica. Bo znam takich, co codziennie narażają życie wśród lawirujących i pędzących kierowców samochodów, aby na swoim bajku dotrzeć do pracy…

No to zakładam bloga i będę tu opisywał moje zmagania z poszukiwaniem własnego M, a jak już je znajdę, to z jego urządzeniem, bo mam całą głowę pomysłów i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Póki co ruszył kolejny program wspomagający zakup mieszkania dla młodych ludzi i zapewne po raz kolejny się nie załapię. Już takie moje szczęście, że jak coś można dostać taniej albo za darmo to zawsze pojawia się jakieś tajemnicze: ale, które powoduje, że nic nie dostaję. Zaczynam podejrzewać, że te wszystkie dotacje i dofinansowania to legendy, mity, tzw. i pic na wodę. Szczerze mówiąc nie znam nikogo, kto by coś dostał za darmo.

No ale wracając do rzeczy. Znudziło mi się mieszkanie z rodzicami, więc postanowiłem rozejrzeć się za czymś swoim, no nie zupełnie swoim, bo chcemy kupić razem z moją kobietą. Co prawda każde z nas marzy o czymś „trochę” innym, ale przypuszczam, że jakoś krakowskim targiem się dogadamy. Jeśli o mnie chodzi, chciałbym mieć nie za duże mieszkanko, żeby „flaków z siebie nie wypruwać” przy jego spłacaniu. Poza tym interesuje mnie mieszkanie gdzieś w centrum Wrocławia, żeby wszędzie było blisko, a dodatkowo w przyszłości – jeśli zdecydujemy się na coś większego, o ile nas na to będzie stać, łatwiej będzie dotychczasowe lokum wynająć. Więc tłumaczę jej, że to wygodniej, bliżej, łatwiej, lepiej, że nawet jeśli pojawi się dziecko, to bliżej do przedszkola czy szkoły. No, ale ona uważa, że jak coś kupować i się zadłużać, to od początku ma być to coś porządnego: czytaj większego, takiego na wieki (już abstrahując od naszej zdolności kredytowej, bo finansowe aspekty jakoś trudno do niej docierają; uważa, że miła pani w banku na pewno zrozumie nasze potrzeby, a jak nie to postawimy na pazerność banku, który więcej na nas zarobi przy większym kredycie, i tyle). Najbardziej by jej odpowiadał domek na przedmieściach, albo mieszkanie w jakimś apartamentowcu z tarasem albo ogródkiem. Nie wiem co prawda po co jej ten ogródek, bo u rodziców nigdy nie grzebie się w ziemi, bo nie lubi, więc profilaktycznie – gdyby miał mi przypaść „zaszczyt” zajmowania się nim – obstawiam bardziej taras. Ostatnio przeraziłem się, bo jak podszedłem do kompa to okazało się, że szuka na hasełko „mieszkania Wrocław Biskupin”, a to nie tania okolica i już na pewno na coś odpowiadającego jej gabarytom nie będzie nas stać. Zaczęły się ochy i achy jak tam pięknie, że zoo, że ogród japoński i botaniczny, że pergola, że wylot z miasta blisko i takie tam pierdoły, więc mówię „OK, ale zdajesz sobie sprawę z tego, że możemy tam kupić maksymalnie 30-metrową kawalerkę i czy będziemy mieli dzieci, czy też nie, będziemy się tak kisić podziwiając piękną okolicę.” To ją chyba trochę otrzeźwiło, bo pokręciła nosem, nadąsała się i zaczęła szukać w innych dzielnicach. Mam nadzieję, że nie wpadnie na genialny pomysł, że jestem dla niej za biedny…

Zanim się zabrałem za „temat” myślałem, że sprawa będzie łatwa i prosta. Ale nie jest. I to nawet nie chodzi o to, że nie ma ofert, tylko o to, że nowe budynki pięknie wyglądają, a później na scenie pojawia się „potwór”. Kiedy czytam opinie o niektórych deweloperach czy inwestycjach, to aż się włos na głowie jeży. Człowiek się zadłuża na całe życie i nie wie, czy w mieszkaniu nie wyjdzie coś co mu to życie skróci – grzyb, wilgoć, podmoknięcia, lanie się z dachu, mostki termiczne, itd., itd. Lista jest zbyt długa, żeby ją przytaczać. Okazuje się więc, że szukania mieszkania nie należy rozpoczynać od znalezienia sobie tego, które się najbardziej podoba, tylko od poczytania opinii o deweloperze, opisów na forach osób, które już tam mieszkają, albo które mieszkają w innych inwestycjach zrealizowanych przez tego dewelopera, itp. – czyli od przeczytania czy mieszka się dobrze, czy też strach czy się coś na głowę nie naleje czy nie odpadnie. Co prawda o niektórych deweloperach trudno znaleźć opinie, ale doszedłem do wniosku, że jest to dla nich na plus, bo nasze narzekające na wszystko społeczeństwo nie przepuściłoby okazji do opisania wad osiedla czy mieszkania, gdyby takie miały miejsce.

I tym sposobem doszedłem do wniosku, że szybko tej „operacji” nie przeprowadzimy i jeśli coś nabędziemy latem, to będzie dobrze i na pewno nie za wcześnie.