Dziś w pracy mamy wesoło, bo kumpel przeczytał o raczkującej modzie na rodziców nie będących ani małżeństwami, ani nawet parami. Są po prostu osobami, które mają ochotę mieć dziecko i się nim zajmować, ale nie mają ochoty dłużej czekać na swoją drugą „połówkę”. W sumie pomysł świetny, ale biorąc pod uwagę nasze świętobliwe społeczeństwo (ujawniające swoje zdanie m.in. na forach i w komentarzach), to nie wiem czy przejdzie. No, może trochę w większych miastach. Jednak zdaniem większości społeczeństwa jest tak jak to zrymował kumpel:

Dobry ojciec, dobra matka,
to żonaty, to mężatka.

Nawet jak jedno drze się na drugie i na wzajem. A moim zdaniem temat jest bardzo ciekawy i choć obowiązki mogą być trudne do ogarnięcia, zwłaszcza „z czasem”, bo ostatecznie mówimy o dziecku, które należy dość długo wychowywać i utrzymywać, a nie o wspólnym zakupie storczyka, to myślę, że w wielu przypadkach może to być strzał w 10. Zwłaszcza, jeśli rodzice się zaprzyjaźnią i odpadną „tarcia”.

Kiedyś lubiłem pichcić. Teraz od czasu do czasu, zwłaszcza przed imprezą też coś tam zrobię. Tym bardziej dziwię się sam sobie, że od tygodnia (czyli od czasu, gdy moja Dama pojechała do rodziny) funkcjonuję na pizzy. Nawet pierogów mi się nie chce przygrzewać. Co jeszcze dziwniejsze, mój organizm (który zwykle woli nieco zdrowsze żarcie) nadal toleruje tę dietę… Całe szczęście, że Dama jutro wraca, bo jakby wyjechała na dłużej, to po powrocie mogłaby mieć poważne zastrzeżenia co do mojego wyglądu… A przywiązuje do tego sporą wagę… 

Za to bez zastrzeżeń mogę oglądać mecze z piwkiem w ręku i workiem chipsów. No i z kumplami, którzy oczywiście nie straciliby takiej okazji na męskie spotkania 🙂