Koniec wakacji, a ja siedzę w domu. Złapałem covida. Na szczęście nie jest to „wersja”, która siała grozę na początku epidemii, ale test wyszedł pozytywny, więc mam. Moje objawy to: gorączka w granicach 38,5-39 C, bóle mięśni, stawów, ścięgien, kości – sam nie wiem czego, ale boli, dreszcze, zimne poty, ból gardła i głowy. Brak apetytu. Aktualnie większość objawów przeszła mi po 2 APAPach. Zobaczymy na jak długo.

Lekarz twierdzi, że obecnie czas chorowania to 5-9 dni. Mam nadzieję, że załapię się na opcję 5 dni. Wiem, że zrzędzę i że ci, którzy leżeli pod respiratorem powiedzą mi, że to Pikuś, ale zapewne te wcześniejsze doniesienia o chorobie sprawiają, że mam dodatkowy dyskomfort. Gdyby to było zwykłe przeziębienie, łatwiej byłoby mi je zignorować.

Tymczasem, może i nie przechodzi się go już tak dramatycznie, ale ilość zachorowań jest ogromna. Miałem problem z dodzwonieniem się do lekarza i rejestracją. Lekarka też mówi, że niemal każdy, kto do niej przychodzi, ma covida. Dobrze, że przynajmniej są do tego testy i nie trzeba zgadywać co człowiekowi dolega. Nawet wśród mojej rodziny i znajomych aktualnie choruje 5 osób i to takich, które się ze sobą nie stykały, więc musiały się zarazić gdzieś indziej.

A ja? A ja nie mam pojęcia gdzie i od kogo złapałem chorobę. Dopiero co wróciłem z Chorwacji, więc zapewne przemyciłem ją stamtąd i przejechała ze mną przez 4 kraje. Pewnie zaraziłem się gdzieś w sklepie lub zwiedzając którąś atrakcję turystyczną. Niestety aktualnie ludzie zupełnie się nie pilnują. Ignorują swoje objawy, idą w tłum i przekazują chorobę dalej. Rzadko kiedy można zobaczyć jeszcze ludzi w maseczkach – ponarzekałbym, ale sam nie miałem. Zapewne stąd zachorowanie na sars-cov-2, tym bardziej, że wydawało mi się, że trzeba mieć z kimś dłuższy kontakt, żeby złapać wirusa. A jednak nie trzeba. Ech, za to trzeba będzie teraz odsiedzieć swoje w domu… Taki to koniec wakacji.

Wlazłem na bloga, sprawdziłem kiedy ostatnio tu byłem, poczytałem ostatnie wpisy i za głowę się złapałem. Wpis z innego czasu, z innej epoki. Wcześniejsze posty po prostu opisywały kolejne etapy mojego życia, coś co uznałem za ważne, albo narzekania że nic się nie dzieje, nie ma o czym pisać. Teraz świat wywrócił się do góry nogami.

Rynek pracownika? Już nie. Rynek pracodawcy? Chyba też nie bardzo. Wielu pracodawców ma ostro pod górkę, zwłaszcza ci, którzy zaczęli tuż przed epidemią, albo wtedy rozpoczęli jakieś inwestycje, wzięli kredyty, itd. Grozi im i nam fala bankructw…

U nas w domu też panuje zasada: każdy orze jak może. Zostałem przeniesiony na pół etatu, więc dorabiam gdzie się da. Moja Dama ma przed sobą wizję zwolnień grupowych w pracy. Praktycznie rozważają zamknięcie jej firmy. Nie napawa to optymizmem.

U znajomych podobnie. Wszyscy drżą o pracę, nawet ci, którzy pracują w internecie, bo już nic nie jest pewne. Niektórzy jeszcze się spotykają. Jedni dlatego, że nie wierzą, żeby było aż tak źle, albo w ogóle nie wierzą w covida. Inni, żeby nie zwariować w czterech ścianach. Są ludzie, którym nie wystarczają rozmowy telefoniczne i pisanie na komunikatorach. Dla zdrowia psychicznego muszą, po prostu muszą, spotkać się z innymi w cztery oczy. A najlepiej w znacznie więcej.

Mamy niewydolny system ochrony zdrowia. Szpitale przeżywają oblężenie, nie są realizowane planowe zabiegi. Ludzie umierają na covivda i przez covida, na inne nieleczone choroby. Lekarze i pielęgniarki już nie dają rady. Wszystko zostało podporządkowane walce z jedną chorobą. A końca tego szaleństwa nie widać.

W kolejnych krajach wprowadza się ograniczenia, aż po narodowe kwarantanny włącznie. Ludzie mają siedzieć w domach i koniec. Strach się bać. Takich środków nie opisał nawet Camus w „Dżumie”. Niektóre – przyznaję – są rozsądne i logiczne, ale inne – całkowicie zbędne i oderwane od życia, będące po prostu bezsensowną uciążliwością.

Sam nie wiem czy lepiej o tym wszystkim pisać, czy pozostawić puste strony bloga do czasu, aż epidemia się skończy…