Czas epidemii

Wlazłem na bloga, sprawdziłem kiedy ostatnio tu byłem, poczytałem ostatnie wpisy i za głowę się złapałem. Wpis z innego czasu, z innej epoki. Wcześniejsze posty po prostu opisywały kolejne etapy mojego życia, coś co uznałem za ważne, albo narzekania że nic się nie dzieje, nie ma o czym pisać. Teraz świat wywrócił się do góry nogami.

Rynek pracownika? Już nie. Rynek pracodawcy? Chyba też nie bardzo. Wielu pracodawców ma ostro pod górkę, zwłaszcza ci, którzy zaczęli tuż przed epidemią, albo wtedy rozpoczęli jakieś inwestycje, wzięli kredyty, itd. Grozi im i nam fala bankructw…

U nas w domu też panuje zasada: każdy orze jak może. Zostałem przeniesiony na pół etatu, więc dorabiam gdzie się da. Moja Dama ma przed sobą wizję zwolnień grupowych w pracy. Praktycznie rozważają zamknięcie jej firmy. Nie napawa to optymizmem.

U znajomych podobnie. Wszyscy drżą o pracę, nawet ci, którzy pracują w internecie, bo już nic nie jest pewne. Niektórzy jeszcze się spotykają. Jedni dlatego, że nie wierzą, żeby było aż tak źle, albo w ogóle nie wierzą w covida. Inni, żeby nie zwariować w czterech ścianach. Są ludzie, którym nie wystarczają rozmowy telefoniczne i pisanie na komunikatorach. Dla zdrowia psychicznego muszą, po prostu muszą, spotkać się z innymi w cztery oczy. A najlepiej w znacznie więcej.

Mamy niewydolny system ochrony zdrowia. Szpitale przeżywają oblężenie, nie są realizowane planowe zabiegi. Ludzie umierają na covivda i przez covida, na inne nieleczone choroby. Lekarze i pielęgniarki już nie dają rady. Wszystko zostało podporządkowane walce z jedną chorobą. A końca tego szaleństwa nie widać.

W kolejnych krajach wprowadza się ograniczenia, aż po narodowe kwarantanny włącznie. Ludzie mają siedzieć w domach i koniec. Strach się bać. Takich środków nie opisał nawet Camus w „Dżumie”. Niektóre – przyznaję – są rozsądne i logiczne, ale inne – całkowicie zbędne i oderwane od życia, będące po prostu bezsensowną uciążliwością.

Sam nie wiem czy lepiej o tym wszystkim pisać, czy pozostawić puste strony bloga do czasu, aż epidemia się skończy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.