Przeczytałem dziś, że od przyszłego roku kierowców autobusów i ciężarówek (tych powyżej 3,5 tony) czekają zmiany. Otóż mają oni ponosić opłaty nie tylko za jazdę autostradami, ale także nowymi drogami szybkiego ruchu. Pewnie większość społeczeństwa żałować ich nie będzie, bo najmocniej rozjeżdżają drogi i zasadniczo lepiej się jeździ jak ich nie ma.

Tak sobie jednak myślę, że to taki mały kroczek ku wprowadzeniu tych opłat dla wszystkich. Tak jak teraz padają argumenty o tonażu, tak później będą padały o tym, że wszyscy kierowcy są równi, więc wszyscy powinni ponosić opłaty, itd. I nie będzie, że przecież kierowcy płacą już opłaty i podatki wliczone w cenę paliwa, że zrzucają się na drogi płacąc podatki. To ciągle mało.

Wprowadzane więc teraz niby małe zmiany, przypuszczam, że są wstępem do dużych zmian. Trochę na nie „poczekamy”, ale małymi kroczkami pewnie do nich dojdziemy, albo raczej one dotrą do nas.

Moja Dama była na spotkaniu z psiapsiółkami i jak zwykle przyniosła newsy. Znaczy o wszystkim mi nie mówi, to oczywiste, ale zawsze jakieś ciekawostki do mnie docierają. Jedna z jej psiapsiółek ma poważny problem finansowo – karny, że go tak określę. Otóż, mimo że sama ma niechęć do wszelkiego zadłużania się, w związku z czym nie bierze żadnych kredytów ani pożyczek, zaczęły jej przychodzić informacje o niespłaconych zobowiązaniach. Ktoś bezczelnie wykorzystał jej dane i nabrał pożyczek. Jasne, że ich nie spłaca, więc psiapsiółka zaczęła być zasypywana pismami z BIKu i innych instytucji.

Ostatni tydzień poświęciła na bieganie i dzwonienie do różnych instytucji – głównie na policję i do banków, żeby zgłosić sprawę, zastrzec karty i dane, itd. Niestety, jak znam życie, niekrótko potrwa odkręcanie tego. I oby w ogóle się udało.

Oczywiście dziewczyny wymyśliły swoją teorię na temat jej problemów. Otóż… uwaga, uwaga… obarczyły za nią media społecznościowe. Dziewczyna ma konto na facebooku, twitterze i jakiejś randkowni, więc wymyśliły sobie, że na pewno tam ktoś zdobył jej dane. No ja nie przeczę, że bywają stamtąd przecieki, ale przypomina mi to rozmowę grupy antyszczepionkowców o szczepieniach – żaden nie ma pojęcia o co biega, ale udaje specjalistę.

Mówię Damie, że przecież w tych mediach podajesz tylko imię, nazwisko, e-mail, telefon i datę urodzenia – przy okazji wszystko można skitować, albo ograniczyć, a to za mało danych, żeby bank udzielił ci kredytu. Przecież tam nie podajesz pesela, nr dowodu osobistego, rozszerzonych danych osobowych, ba nawet nie podajesz adresu. Nie robisz kopii dowodu osobistego i im nie przesyłasz. A przecież to wszystko jest potrzebne do kredytu.

Jeśli więc ktoś wziął na nią kredyt to musiał mieć do tych informacji dostęp, zatem albo musiał mieć dostęp do tych danych w firmie, której je podawała, albo musiał się tam włamać. Inną opcją jest po prostu włam ja jej własny komputer, gdzie zapewne takie informacje przechowuje. Wiem jaki śmietnik ma na swoim lapku moja Dama. Tamta na pewno ma to samo. Więc pytam jaki stosuje program antywirusowy. Po telefonie okazało się, że żaden… Bez komentarza.

Jedni wydają kasę na zabezpieczenie swoich stron internetowych – i z własnego punktu widzenia i klientów (wykupując certyfikaty SSL), a drudzy nie potrafią wykazać choćby minimum ostrożności. Zwłaszcza, że dziewczyna wchodzi na różne strony, nie tylko polskie…

Zaczęliśmy z moją Damą planować urlop. Okazało się, że albo się starzejemy i nasze potrzeby się zmieniają, bo nie chcemy już wyjeżdżać, tylko po to, żeby się powylegiwać na plaży popijając drinki. A przynajmniej nie chcemy, żeby tak wyglądał cały nasz urlop. Zarezerwowaliśmy sobie tydzień w spa, z rozbudowanym sprzętem sportowym, żeby można było skorzystać z dobrodziejstw pobliskich lasów i jezior.

Drugi tydzień będziemy spędzać osobno. Dama ma ochotę przedłużyć pobyt, ale z psiapsiółkami – tak bardziej już na leniwca i dla masaży, a ja w tym czasie jadę na drugi koniec Polski na warsztaty fotograficzne. Ostatnio wciąga mnie fotografia artystyczna, ale widzę, że brakuje mi warsztatu i koncepcji „twórczych”. To tak w ramach rozwijania hobby, choć kto wie, może kiedyś w przyszłości mi się przyda i zawodowo…

Nie ma czasu za bardzo pisać, więc dorzucam tylko wiosenne zdjęcie, żeby zaznaczyć zmiany pór roku na blogu. Mam nadzieję, że już wkrótce będę mógł się pochwalić czymś ciekawszym 🙂

Nie muszę chyba mówić, że nie wszystkie postanowienia noworoczne udało się zrealizować? Czyli standardzik. Już po częstotliwości wpisów widać, że dwa mam w plecy – nie pisałem nic w styczniu i w lutym, a miało być co miesiąc. Żeby być całkowicie szczerym, przyznam się, że wytrwałem tylko w realizacji jednego postanowienia, aczkolwiek najważniejszego dla mnie. Otóż, nadal ćwiczę 3 razy w tygodniu. W dodatku tak się wciągnąłem, że zajmuje mi to więcej czasu niż 30 minut. Czego skutek zresztą widać. Jest to tym bardziej motywujące i powstaje takie samonapędzające się koło.

Chciałbym jeszcze dodać, że jestem o realizację jednego postanowienia lepszy od mojej Damy. Mimo, że to ona co roku nalega na przygotowanie postanowień noworocznych, ma znacznie większy problem, żeby się ich trzymać. Może dlatego, że są bardziej abstrakcyjne i wymagają za dużych zmian dotychczasowego życia.

W ubiegły weekend byłem w górach. Spotkałem tam większe tłumy niż zazwyczaj. Zdaje się, że skutkiem pandemii jest większe zainteresowanie terenami górskimi. Niestety „świeżynkom” często brakuje ogłady. Widać to po ilości śmieci walających się na szlakach i dymie z pieczenia kiełbach we wszystkich dopuszczalnych miejscach, a często także niedopuszczalnych. Odnoszę wrażenie, że niektórzy jadą w góry tylko dla tej kiełbachy i wypicia piwa. No może jeszcze dla fotek na FB czy Ista… A to nadal zima. Aż strach pomyśleć co będzie latem. Niech już otworzą te granice, żeby miłośnicy śmiecenia mogli wybrać kierunek: Grecja, Egipt czy gdzie tam chcą.

Jak co roku o tej porze, Dama przypomina, żebym zrobił listę noworocznych postanowień. Podobno to pomaga. Wielokrotnie już się na to nabierałem. Tym razem, bez nadziei na ziszczenie postanowień, ale z dobrymi chęciami i dla świętego spokoju, znowu ją sporządzam.

Na listę postanowiłem wpisać rzeczy nieistotne, błahe, w nadziei, że choć przez 2-3 miesiące uda się je realizować. Wpisałem więc ćwiczenia 3 razy w tygodniu po 30 minut. Trzy razy w tygodniu może dam radę, a jak mi się w roboczym tygodniu zapomni, to zawsze moża poćwiczyć w piątek, sobotę i niedzielę i będzie człowiek podbudowany, że się udało. Stąd też to 30 minut. Czas niezbyt długi, a organizm powinien zanotować, że coś się tam robi.

Wpisałem też naukę jednego nowego słówka z angielskiego dziennie (lub zwrotu) i robienie jednego wpisu na blogu miesięcznie. W związku z czym postanowiłem tu zajrzeć, a jak już zajrzałem i zobaczyłem ile w tym roku udało mi się napisać, to postanowiłem dodać jeszcze parę słów w tym roku.

A żeby nie było tak kompletnie o niczym (znaczy poza tymi postanowieniami, nad którymi nadal pracuję), to dodam jeszcze, że od 26 grudnia jesteśmy szczepieni. W tych szczepieniach natomiast przoduje… Izrael, który od 20 grudnia szczepi ok. 150 tys. osób dziennie! Ponoć w tym tempie zaszczepi 25% ludności do końca stycznia. Nieźle, co? Będzie nieźle jeśli szczepionka przyniesie spodziewane efekty…

W sumie nic dziwnego, że się państwa tak na nią rzuciły, biorąc pod uwagę koszty walki z epidemią. Kolejnego takiego roku nie przetrwamy, nie ma co się oszukiwać. A i tak długi będą spłacane latami, albo i dekadami.

No dobrze, trzeba kończyć i pomóc Damie sprzątać, dekorować i pichcić, bo jutro u nas sylwestrowa domówka. Nie za duża, bo jednak pandemia nadal rządzi, ale pobawić się też trzeba, żeby nie zwariować samemu w tych czterech ścianach.

Wszystkiego najlepszego Wszystkim! Oby 2021 był dla nas bardziej łaskawy 🙂

Wlazłem na bloga, sprawdziłem kiedy ostatnio tu byłem, poczytałem ostatnie wpisy i za głowę się złapałem. Wpis z innego czasu, z innej epoki. Wcześniejsze posty po prostu opisywały kolejne etapy mojego życia, coś co uznałem za ważne, albo narzekania że nic się nie dzieje, nie ma o czym pisać. Teraz świat wywrócił się do góry nogami.

Rynek pracownika? Już nie. Rynek pracodawcy? Chyba też nie bardzo. Wielu pracodawców ma ostro pod górkę, zwłaszcza ci, którzy zaczęli tuż przed epidemią, albo wtedy rozpoczęli jakieś inwestycje, wzięli kredyty, itd. Grozi im i nam fala bankructw…

U nas w domu też panuje zasada: każdy orze jak może. Zostałem przeniesiony na pół etatu, więc dorabiam gdzie się da. Moja Dama ma przed sobą wizję zwolnień grupowych w pracy. Praktycznie rozważają zamknięcie jej firmy. Nie napawa to optymizmem.

U znajomych podobnie. Wszyscy drżą o pracę, nawet ci, którzy pracują w internecie, bo już nic nie jest pewne. Niektórzy jeszcze się spotykają. Jedni dlatego, że nie wierzą, żeby było aż tak źle, albo w ogóle nie wierzą w covida. Inni, żeby nie zwariować w czterech ścianach. Są ludzie, którym nie wystarczają rozmowy telefoniczne i pisanie na komunikatorach. Dla zdrowia psychicznego muszą, po prostu muszą, spotkać się z innymi w cztery oczy. A najlepiej w znacznie więcej.

Mamy niewydolny system ochrony zdrowia. Szpitale przeżywają oblężenie, nie są realizowane planowe zabiegi. Ludzie umierają na covivda i przez covida, na inne nieleczone choroby. Lekarze i pielęgniarki już nie dają rady. Wszystko zostało podporządkowane walce z jedną chorobą. A końca tego szaleństwa nie widać.

W kolejnych krajach wprowadza się ograniczenia, aż po narodowe kwarantanny włącznie. Ludzie mają siedzieć w domach i koniec. Strach się bać. Takich środków nie opisał nawet Camus w „Dżumie”. Niektóre – przyznaję – są rozsądne i logiczne, ale inne – całkowicie zbędne i oderwane od życia, będące po prostu bezsensowną uciążliwością.

Sam nie wiem czy lepiej o tym wszystkim pisać, czy pozostawić puste strony bloga do czasu, aż epidemia się skończy…

Sytuacja z koronawirusem wygląda coraz poważniej. U mnie w pracy ludzie obawiają się nie tylko samej choroby, ale także zamknięcia zakładu z powodu kwarantanny. Ostatni bilans firmy wychodzi tylko lekko na plusie. Przebąkuje się, że jesteśmy w dość trudnej sytuacji i jeśli nic się nie zmieni to konieczne będą zwolnienia. Konieczność zamknięcia zakładu pracy mogłaby więc bardzo boleśnie odbić się na nas.

Co prawda wszędzie powtarzają, że mamy rynek pracownika, ale nam tu dobrze. Mamy zgrany zespół, nie możemy narzekać ani na warunki w samej pracy, ani na wynagrodzenia. Zresztą jeśli z powodu koronawirusa upadnie wiele firm, to ten rynek pracownika może się znacznie skurczyć…

Tak czy inaczej robi się poważnie i mimo, że nadal staramy się żartować i bagatelizować sprawę, to miny coraz częściej rzedną.

Tymczasem powinny się wypogadzać, bo robi nam się piękna wiosna. Coraz więcej kwiatów i krzewów zaczyna kwitnąć i puszczać pierwsze małe listki. Ptaki śpiewają. Słońce świeci. Robi się coraz cieplej. W sumie można by się pokusić o hartowanie na świeżym powietrzu np biegając czy jeżdżąc na rowerze. Styku z chorymi i potencjalnie chorymi wtedy nie ma. Wszystko na plus. Wydolność płuc rośnie.

Chyba trzeba będzie o tym pomyśleć. Albo nie. Już pomyślałem. Teraz trzeba będzie wcielić to w życie…

Media szukając sensacji próbują wpędzić świat w panikę przed nowym wirusem. Od dłuższego czasu nie ma dnia, żeby nie pojawiło się kilka artykułów na ten temat. I to na każdym „szanującym się” portalu osobno.

Ministerstwo zdrowia (i nauczyciele na lekcjach biologii) twierdzą, że to żaden straszny wirus, że śmiertelność ma taką jak inne grypy.

Jednakże:
– Chiny podjęły wyjątkowe środki ostrożności i zabezpieczeń,
– rośnie liczba ofiar śmiertelnych (może i odsetek – biorąc pod uwagę ogół zakażonych nie jest duży, ale biorąc pod uwagę wyleczonych – jest już ogromny),
– coraz więcej krajów ewakuuje swoich obywateli z Chin (Stany wysłały swoich na kwarantannę na Alasce; u nas z braku Alaski, trafiają do domów z zaleceniem żeby się obserwowali),
– wiele krajów wprowadza kwarantanny dla powracających z Chin i dla innych „podejrzanych”.

Komu wierzyć?

A lepiej byłoby wiedzieć co jest prawdą, a co nie, bo biorąc pod uwagę przemieszczanie się ludzi, wcześniej czy później i tak do nas dotrze… Oby wtedy było już skuteczne lekarstwo.

 

Porównując dzisiejszy wpis do kilku ostatnich, dochodzę do wniosku, że coś przyciągają mnie trzydzieste dni miesiąca 😉

Koniec roku to dla mnie czas sporej mobilności i szybkiego tempa w pracy i w domu. W pracy – ponieważ trzeba „wykończyć” stary rok, a w domu, bo jest mnóstwo spraw do załatwienia i rodziny do odwiedzenia.

W tym roku święta spędziliśmy na krzątaniu się od jednych rodziców i dziadków do drugich. Odpoczynku nie było. Było za to obżarstwo, bo wszyscy chcieli, żebyśmy u nich spróbowali wszystkiego. Masakra. W przyszłym roku wyjeżdżam na święta w góry, choćby sam, jeśli moja Dama nie będzie chciała. Po powrocie ze świąt, przyszła pora na gonitwę w pracy.

Teraz jestem na takim etapie: wolne do 6 stycznia, po obiedzie, przed pakowaniem się, bo w nocy wyjeżdżamy w Bieszczady 🙂

Korzystając z wolnej chwili, na szybko, szybko życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym 2020 Roku i szampańskiej imprezy sylwestrowej (czy jaką tam lubicie).

Do „zobaczenia” w przyszłym roku.

Jakiś czas temu pisałem, że zdobywam z kumplami korony różnych gór. Temat jest nadal aktualny, bo nie tak łatwo zorganizować czas i wyjazd, aby wyskoczyć w dalsze pasma górskie. Łazimy więc często w bliższych okolicach, zaopatrzeni dodatkowo w książeczki PTTK GOT. Niedawno doszliśmy do wniosku, że wspaniale byłoby kupić sobie małą działkę w górach i postawić na niej jakiś domek kempingowy czy coś w tym stylu. Znaleźliśmy sporo ofert sprzedaży działek w mniej obleganych przez turystów górach, w bardzo dobrych cenach. Chętnie zainwestowałbym w takie coś; w sumie powstrzymuje mnie przed tym tylko jedna rzecz. I nie, nie jest to zakaz mojej Damy, tylko jeden z jej argumentów, który trudno mi obalić.

Chodzi o to, że jak sobie taki domek holenderski, altankę czy coś – na pewno niewielkiego – postawię na takim odludziu, to czy mi go ktoś nie splądruje, albo nawet się do niego nie wprowadzi? Co jakiś czas słyszy i czyta się o takich rzeczach. Strach zostawić samochód na odludziu, a co dopiero dom.

Ostatnio ojciec opowiadał o znajomym, który mieszka na stałe pod lasem, a któremu już kilka razy okradli komórkę ogrodową i garaż i wynieśli sprzęt ogrodowy i różne samochodowe rzeczy. I nie obawiali się ludzi, którzy mieszkają tuż obok. Więc co dopiero mały domek gdzieś na łączce pod lasem, pozostawiony przez wiele miesięcy samopas. Kusiłby niepotrzebnie. Niestety żyjemy w dziwnym kraju i trzeba się z tym pogodzić.

Czasem wkurza mnie nasza opinia złodziei za granicą, ale kurcze, tak szczerze mówiąc – często tak tu jest. Oczywiście w innych krajach też jest przestępczość, ale nie miałbym takich oporów przed zakupem działki i domku np. w Szwajcarii czy Finlandii.

Na razie postanowiłem obserwować rynek i zastanawiam się. Na szczęście w góry nie mam daleko. Można sobie pozwolić na wypady jednodniowe lub z noclegami. I dobrze, bo sezon narciarski zbliża się wielkimi krokami, więc będzie dodatkowy powód do ruszenia się na południe kraju.